Pisała przez szesnaście lat. Do jednej osoby. Bez odpowiedzi. Może właśnie dlatego mogła napisać wszystko, co przyszło jej do głowy. Agnieszka Osiecka przez całe życie prowadziła dzienniki – zaczęła jako dziewięciolatka, a skończyła tuż przed śmiercią. Przez lata powstawały z nich tomy, wyciągi i wybory, będące kolejnymi oknami na jej życie, otwieranymi przez wydawców systematycznie po 1997 roku.
„Kochany Misiu!” to jednak coś zupełnie innego niż klasyczny dziennik. Od 1964 do 1980 roku Osiecka prowadziła jednostronną korespondencję, której adresatem był Janusz Minkiewicz. Zbiór, który ukaże się 21 maja br. nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, rodzi pytanie: czy kiedykolwiek miała zamiar te zapiski wysłać? Prawdopodobnie nie. I może właśnie w tej niepewności drzemie ich największa siła.
Forma, która wytworzyła szczerość
Janusz Minkiewicz – pisarz, satyryk i legenda towarzyska powojennej Warszawy – był dla Osieckiej kimś z pokolenia, które znała i szczerze podziwiała. Kazimierz Brandys wspominał go jako człowieka z formacji inteligenckiej, która w swoim dekalogu na pierwszym miejscu stawiała brak złudzeń, a na drugim brak zakłamania.
Trudno wyobrazić sobie lepszego powiernika dla kogoś, kto sam organicznie nie znosił fałszu. Adresat tych listów nie mógł odpowiedzieć i o to w tym wszystkim chodziło. Piszesz do kogoś, kto ci nie przerwie, nie oceni, a za chwilę nie będzie już pamiętał. W ten sposób Osiecka wytworzyła unikalną przestrzeń, w której mogła być do bólu sobą.
Szesnaście lat, jeden głos
Lata 1964–1980 to w jej biografii czas gęsty, wręcz chaotyczny. Podróżuje, odwiedza teatry, spotyka się z czytelnikami, urządza dom i wchodzi w rolę matki. W Polsce trwa późny PRL z całym swoim inwentarzem absurdów. Środowisko artystyczne, w którym się wtedy obracała, miało własną, specyficzną kulturę – kawiarniane stoliki i alkohol, który był nieodłącznym elementem niemal każdego spotkania.
W tamtych latach picie było wpisane w styl życia. Pijało się z kolegami redakcyjnymi i z artystami. Przez długi czas wszystko to wydawało się stosunkowo niegroźne – aż przestało takie być. W „Kochanym Misiu!” obecność alkoholu narasta stopniowo. Najpierw miga gdzieś w tle, by z czasem stać się cichym bohaterem tych zapisków. Osiecka o tym nie dramatyzuje, nie próbuje się tłumaczyć. Po prostu notuje fakty. I właśnie ta beznamiętna zwyczajność opisu sprawia, że lektura staje się tak przejmująca.
Bezkompromisowość, która kosztuje
Słowa Osieckiej znała cała Polska – wybrzmiewały w ustach Maryli Rodowicz czy Krystyny Jandy, stając się własnością nas wszystkich. Jednak za tymi piosenkami kryła się kobieta mierząca się z rzeczami, o których publicznie milczała. Do choroby alkoholowej nie przyznawała się przez lata. Nawet gdy córka próbowała pytać o to wprost, poetka uciekała w żarty lub zaprzeczenia.
Ten mur runął dopiero po śmierci matki, kiedy Osiecka w końcu przyznała się do uzależnienia przed samą sobą. Listy do Misia są pod tym względem wyjątkowe – tu nie musiała stawiać gardy. Mogła zapisać wprost: „piłam”, „za dużo”. Te notatki pokazują, że gdzieś głęboko wiedziała o swoim stanie znacznie wcześniej, niż skłonna była to wyznać światu. Pisała o tym tylko do Misia.
Agnieszka Osiecka w „Kochany Misiu” – co znajdziemy w tej książce?
To nie jest kolejna kronika upadku ani hagiografia wielkiej poetki. To portret kobiety, która potrafiła tworzyć rzeczy niebywale piękne, jednocześnie zmagając się z czymś, czego nie umiała – a może nie chciała – opanować. Wydawca opisuje Osiecką w tych zapiskach jako bezkompromisową, uwodzicielską i błyskotliwie szczerą. Faktycznie, nie oszczędza tu nikogo, a najmniej samą siebie.
Choć postać Agnieszki Osieckiej wydawała się już całkowicie opowiedziana, „Kochany Misiu!” udowadnia, że można to zrobić inaczej. Słuchamy jej własnego głosu, skierowanego do kogoś, kto już nie żyje, bez cienia nadziei na odpowiedź. Może tylko w takim zawieszeniu dało się zapisać całą prawdę.


