Niektórych trzeba zabić czyli reportaż o wojnie z narkotykami na Filipinach i granicach człowieczeństwa
Wydawnictwo Czarne publikuje 18 lutego polskie wydanie „Niektórych trzeba zabić” Patricii Evangelisty – reportażu o sześciu latach terroru na Filipinach pod rządami prezydenta Rodriga Dutertego. Książka, która zdobyła nagrodę im. Helen Bernstein i trafiła na listy najlepszych publikacji roku według „The New York Times”, „The New Yorker” i „The Economist”, to nie tylko kronika rzezi. To pytanie skierowane do każdego społeczeństwa: czy wierzymy, że niektórych trzeba zabić?
Język jako narzędzie propagandy w reportażu Niektórych trzeba zabić
Rodrigo Duterte wygrał wybory prezydenckie w 2016 roku z obietnicą walki z narkomanią. Zamiast rehabilitacji zaoferował jednak brutalną retrybucję. „Zabijcie ich wszystkich” – to wezwanie wystarczyło, by ludzie mu zawierzyli. Patricia Evangelista, dziennikarka agencji Rappler, skrupulatnie liczyła słowa w jego przemówieniach. Okazało się, że Duterte używał słowa „kill” setki razy, unikając przy tym terminu „murder”. Jako były prokurator doskonale wiedział, jak operować językiem, by formalnie nie przekroczyć linii, którą w praktyce dawno już zatarł.
W języku Filipińczyków słowo „salvage” oznaczało niegdyś ratunek. Od czasu objęcia władzy przez Dutertego stało się synonimem egzekucji bez wyroku, po której ciało zostawia się jako ostrzeżenie. Podobnie ewoluował termin „tokhang” – pierwotnie niewinne połączenie słów „zapukać” i „prosić”, które w nowej rzeczywistości zwiastowało nocną wizytę policji u kogoś, kto miał już nie dożyć rana. Evangelista zwraca uwagę na jeszcze jedną frazę: „nanlaban”, czyli stawiać opór. O ile za dyktatury Marcosa używali go aktywiści, o tyle teraz stało się oficjalną pieczątką w raportach policyjnych, uzasadniającą każdą śmierć. Nie miało znaczenia, czy to prawda; język stał się narzędziem normalizacji przemocy. Gdy zabijanie zyskuje własną nomenklaturę, przestaje być wyjątkiem i staje się procedurą.
Statystyki ofiar na Filipinach i dziennikarskie śledztwo Patricii Evangelisty
Filipińska policja podaje: osiem tysięcy zabitych. Organizacje praw człowieka szacują: od dwunastu do trzydziestu tysięcy. W tej luce mieści się tragedia dwudziestu dwóch tysięcy istnień. Evangelista rezygnuje jednak z suchych statystyk na rzecz historii konkretnych osób. Pisze o Hearcie – młodej trans kobiecie, która sprzedawała śladowe ilości narkotyków, oraz o jej matce, która została z pytaniem bez odpowiedzi. Czytelnik poznaje los dzieci patrzących na śmierć rodziców i mieszkańców, którzy przez strach przestali pytać o ciała zostawiane na ulicach.
Autorka rekonstruowała trajektorie pocisków, rozmawiała ze świadkami i wyszukiwała informatorów wewnątrz policji. Robiła to przez sześć lat, mimo że każdy reportaż oznaczał realne ryzyko. David Remnick z „The New Yorkera” słusznie nazwał tę książkę „dziennikarskim arcydziełem”. Z kolei Tara Westover podkreśliła, że Evangelista ryzykowała życie, by opowiedzieć tę historię. Do tych głosów dołączył Patrick Radden Keefe, widząc w publikacji ostrzeżenie dla świata przed potwornym ludzkim kosztem despotyzmu.
Przyczyny sukcesu Rodriga Dutertego i mechanizmy autorytarnej władzy
Filipiny były krajem demokratycznym od czasów rewolucji ludowej z 1986 roku, która obaliła dyktaturę Ferdinanda Marcosa. Po latach przyszło jednak głębokie rozczarowanie wolnymi wyborami i konstytucją. Duterte wygrał, ponieważ obiecał proste rozwiązanie problemów biedy i frustracji. „Wiem, co jest przyczyną waszych nieszczęść” – to hasło trafiło do ludzi, którzy desperacko chcieli w nie uwierzyć.
Anne Applebaum w swojej recenzji zauważa, że cynizm wyborców oraz oportunizm polityków to zjawiska uniwersalne, niezależne od szerokości geograficznej. Ludzie skłaniają się ku przemocy, gdy tracą wiarę w system. Wystarczy, że ktoś przekona ich, iż rozwiązanie jest banalnie proste: wystarczy wyeliminować tych, którzy rzekomo powodują wszystkie problemy.
Analiza językowa i psychologia sprawców w książce Niektórych trzeba zabić
Tytuł książki narodził się podczas rozmowy Evangelisty z jednym z zabójców. Zapytany o sumienie, odparł: „Nie jestem złym człowiekiem. Po prostu niektórych trzeba zabić”. Autorka poddaje to zdanie wnikliwej analizie gramatycznej. W oryginalnym „Some people need killing” to nie strona bierna decyduje o wydźwięku, lecz fakt, że podmiotem są ludzie, a czasownikiem „potrzebować”.
W tej logice narkoman potrzebował śmierci, jakby sam dokonał wyboru i utracił prawo do istnienia. Wojna Dutertego wymagała właśnie takiego psychologicznego przyzwolenia. Zamiast mówić: „Ktoś ich zabił”, przyjęto narrację: „Musieli umrzeć”. Odpowiedzialność została w ten sposób przesunięta z oprawcy na ofiarę. Jennifer Szalai z „The New York Times” zauważa, że precyzyjny język Evangelisty stanowi jedyną skuteczną barierę dla wulgarnej retoryki Dutertego.
Wnioski z reportażu Evangelisty i rola współczesnego dziennikarstwa śledczego
„Niektórych trzeba zabić” to lektura, która nie oferuje pocieszenia ani sprawiedliwego zakończenia. Evangelista postrzega dziennikarstwo jako akt wiary – nie łudzi się, że jedna opowieść zmieni świat, ale uważa, że samo wypowiedzenie „nie” ma fundamentalne znaczenie. Robi to dla własnego rejestru i z nadzieją, że kiedyś wystarczająco dużo osób zaprotestuje wspólnie.
Andrew Solomon porównał tę książkę do eksplodującej bomby, która zostawia czytelnika w stanie emocjonalnego rozbicia, ale bogatszego o nową wiedzę. Choć tekst dotyczy Filipin, opisuje mechanizm degradacji wartości, który może wydarzyć się wszędzie. Evangelista, stojąc nad ciałami, zawsze znajdowała tę samą odpowiedź: ktoś stanął za lufą pistoletu i wyraził zgodę na zło. Jej jedyną nadzieją jest to, że czytelnik, po lekturze tych stron, w podobnej sytuacji odpowie „nie”.
Największym zagrożeniem dla wolności nie jest głośny krzyk dyktatora, lecz ciche przyzwolenie tych, którzy uwierzyli, że bezpieczeństwo można kupić za cenę czyjegoś życia.


